Ostatnio w swoich zbiorach płytek, które dostawałem jeszcze w czasach, gdy pisaniem o muzyce zajmowałem się hobbystycznie, znalazłem krążek kapeli, której już nie ma. Krążek debiutancki, który nigdy nie trafił do szerszej publiczności. Pomyślałem, ze może napiszę coś o tej muzyce tutaj w ramach retrospekcji. Przedstawiam więc Bullshit Baby. Na początek może zajmijmy się estetyką samego wydawnictwa, bo jak na rzecz wydaną własnym sumptem, jest to coś naprawdę wartego zauważenia. Piękne tekturowe opakowano rozkładane „na trzy”, przypomina produkcje z najwyższych półek. Dość wspomnieć tu płytę „The Time” Leszka Możdżera, „Debiut” Czesława śpiewającego, czy reedycje albumu „Miłość W Czasach Popkultury” zespołu Myslovitz. Grafiki tu mało, ale pasuje to do konwencji w jakiej utrzymana jest owa opisywana tekturka (logo zespołu z przodu i twarze chłopaków w środku). Wydawniczo „na piątkę”- muzycznie – zaraz się przekonamy. Grają „dirty rock”, „Mówi [to] wszystko, a zarazem nic – ważne, że my wiemy o co nam chodzi”. – twierdzą członkowie zespołu. Po przesłuchaniu materiału kilkakrotnie, ja nie wiem o co chodzi?! I niby to do czegoś podobne, i niby skądś to już znam, ale nie da się tego w żaden konkretny sposób do czegokolwiek porównać. Trochę momentami brzmi jak Metallica, trochę jak Papa Roach, ale nic jasno nie definiuje tej muzyki. W każdym kawałku można znaleźć coś ciekawego. I tak: plusem pierwszego nagrania jest polski tekst, drugiego zdecydowanie refren, w czwartym jest bardzo dobra partia gitary, która mimo, że przesłania tekst, tworzy cały klimat itd. itd. Zatrzymać jednak chciałbym się nad ostatnim kawałkiem „She”, który przez swój nazwijmy to balladowy nastrój, jest ciekawym zamknięciem krążka oraz miłą odskocznią od monotonnego i rockowego brzmienia reszty. Po wysłuchaniu tej płyty, kluczem do niej i do całej recenzji wydaje się być słowo „niby”. Niby to dobre, niby fajnie brzmi i niby jest wszystko ok, ale tak naprawdę żaden utwór nie wbił mnie w fotel, ani żadnego nie nucę sobie pod nosem. Muzyka zupełnie nie zapadająca w pamięć. Reasumując, mamy tu chyba do czynienia z przerostem formy nad treścią. Krążek wydany świetnie, muzycznie rozczarowuje. Być może za dużo oczekuję po debiucie, lecz moim zdaniem debiut powinien „zwalać z nóg”, tymczasem do tej płyty powrócę tylko po to, żeby popatrzeć na opakowanie i posłuchać po 30 sekund z każdego kawałka.