Z niekłamanym smutkiem i zażenowaniem oglądałem wczoraj w telewizji publicznej transmisję z finału koncertu Eurowizji. Oglądanie tego wydarzenia, to dla mnie z roku na rok coraz większa katorga, bo też z roku na rok wszystko to stoi na coraz niższym muzycznie poziomie, a sięga za to szczytów kiczu. Niestety, muszę takie rzeczy oglądać, ponieważ muszę być w miarę na bieżąco z tym, co się dzieje w muzyce. Muszę Wam szczerze powiedzieć, że w tym roku jednak skapitulowałem i nie obejrzałem transmisji do końca. Po prostu nie dałem rady. Jedynym dobrym i cieszącym mnie punktem całego programu były niezwykle inteligentne, ale i zjadliwe komentarze pana Artura Orzecha z radiowej Trójki. Gdyby nie ten pan, to koncert byłby dnem i toną wodorostów. Proszę mi też wybaczyć, że nie rozpiszę się obszerniej na temat któregokolwiek z występów, ale każdy był tak denny, że nawet nie starałem się go zapamiętać. Jedyne co z tego wynikło dobrego, to fakt, że mamy nowe określenie. Po „eurosierocie” przyszedł czas na „eurokicz”.

Comments are closed.